poniedziałek, 28 marca 2011 2 komentarze

Efekt Axe

Co jakiś czas psuł mi się komp, a to złapałem lenia, a to brak jakichkolwiek chęci na cokolwiek i masę innych wymówek spowodowało, że zapomniałem o blożku, ech jestem beznadziejny wiem, ale staram się zmienić, a to już coś! xP
Jakiś czas temu wpadła w moje łapy manga o wdzięcznym tytule "Vinland Saga". Na pierwszy rzut oka przypominało mi to Berserka, czy coś w tym guście. Po przeczytaniu paru chapterów wsiąkłem w nią na dobre i w jakiś tydzień pochłonąłem wszystkie rozdzialiki. Choć od jakiegoś czasu niewiele się w niej dzieje, to jednak pierwszy jej arc był genialny i motyw zemsty został naprawdę świetnie rozwiązany. Manga zaskoczyła mnie swoją nieprzewidywalnością, dbałością o szczegóły i naprawdę wielkim realizmem na tle rzeszy tytułów, które pretendują do mang historycznych, a wychodzi to najczęściej słabo. Ogólnie Japończycy mają tendencję do ubierania wszystkiego w jakąś wyidealizowaną otoczkę i tak w nasze ręce trafiają w 90% mangi, gdzie bohaterki to oczywiście nimfy o ciałach modelek i cyckami większymi od głowy. Bohater zaś to niezwyciężony heros, który nawet jeśli na początku jest słaby, to później wbrew wszelkim prawom logiki rozwali największego bossa z historii. Przykładów takich można mnożyć wiele, w każdym razie Vinland Saga pozytywnie wyróżnia się w tych aspektach i oczarowała mnie ona na tyle, że przypomniałem sobie o tym, jak świetne są klimaty wikingów. Mitologia, ich historia, postacie i cała ta otoczka nordyckich wojowników, którzy brali co chcieli, nieśli pożogę, chaos i rąbankę. Zapragnąłem więc napisać właśnie coś o nich, a na dodatek zapożyczyłem prawdzie historyczne wydarzenia, miejsca i postacie. Mamy więc norweskiego króla Hardrada, zwanego ostatnim wikingiem, mamy jego inwazję na wyspy brytyjskie nom i oczywiście posypkę mej własnej imaginacji chociażby w postaci Halfdana. W głowie mam zaplanowaną naprawdę długą opowieść, ale nie wiem, czy będzie sens dalej w to brnąć. Ciekaw jestem jak odbierzecie moje nordyckie wypociny, a wasze komentarze pozwolą mi zdecydować się na dalsze pisanie, bądź zaniechanie czegoś co nazwałem sobie roboczo "Północny Wąż" - czyli właśnie zbiór opowieści o Halfdanie - nordyckim wytworze mej skołatanej wyobraźni xp

PS. Na Pyrkonie było świetnie, wyłudziłem autografy, wysłuchałem prelekcji, wyczyściłem portfel i wystrzelałem przeciwników w karciance - Bang! xD A ekipa świetna, jak nigdy, aż nie chciało się wracać :D

PS#2 Tak wiem nie jestem oryginalny jeśli chodzi o tytuł, który zaczerpnąłem z "Pana Lodowego Ogrodu", ale w końcu liczy się zawartość, a nie opakowanie xp Haha i mam autograf Grzędowicza, jestem bogaczem xD



Żmijowa Gardziel


Jesień roku pańskiego 1066, Scarborough, Anglia

Wychudzony szczur przemknął konspiracyjnie między tobołami ustawionymi przy wyjściu z domostwa.
Chałupa nie wyglądała zbyt okazale, była obskurna i mała. Nieprzyjemny fetor zjełczałego potu mieszał się z zapachem piżma i siana, którym ocieplony został dach.
Wysoki brunet usiadł na brudnej podłodze splatając zgięte w kolanach nogi i podniósłszy głowę ku górze odezwał się do gospodarza tegoż przybytku:
- A więc co chcecie wiedzieć sołtysie? Odpowiem w miarę możliwości na twoje pytania, prosiłbym jednak najpierw o coś do jedzenia, gdyż od wielu dni jestem w drodze i kiszki grają mi marsza.
By okazać zakłopotanie swoją prośbą przejechał po czuprynie czarnych włosów, wichrząc je i przeczesując na pokaz. Zdawał sobie sprawę, że jego angielski nie jest doskonały. Wyraźnie słychać w nim było gardłowy, nordycki akcent. Liczył, że nie wzbudzi to uprzedzeń, czy niechęci. W końcu ludzka ciekawość potrafiła przesłonić nawet tak pierwotne emocje jak lęk.
- Anno, przynieś no naszemu gościowi pajdę chleba. Tylko prędko! Zobacz też, czy nie zostało coś z wczorajszej wieczerzy. W końcu gość w domu, to bóg w domu.
Ruda dziewczyna, która do tej chwili siedziała nachylona nad łataniem koszuli przerwała robotę i usłużnie pobiegła po jedzenie. Z obecnej pozycji Halfdan miał doskonały wgląd na nogi dziewczyny, a także kształtne uda, jakimi dziewoja mignęła mu przed oczami zmierzając ku spiżarni. Uświadomiło mu to, że od dawna nie chędożył między swymi lędźwiami żadnej białogłowej. Cmoknął z rozrzewnieniem na myśl o tak przyjemnej czynności.
- No więc przybyszu, powiadajcie co tam słychować w wielkim świecie? Domyślam się bowiem po waszej mowie, że pochodzicie spoza wysp – przerwał rozmarzonemu gościowi.
- Ano dobrze się domyślacie gospodarzu. Przypłynąłem do waszego kraju na statku uchodźców z Norgelandii*. Źle się dzieje u nas odkąd powrócił z dalekiego południa król Harald – smutek i zatroskanie wykwitło na licu Halfdana.
- Czemuż to narzekacie? Czyż powrót władcy nie jest dobrą nowiną? Rok będzie nie cały odkąd świętej pamięci nasz władca Edward odszedł z tego padołu. Teraz same kłopoty w Anglii, bo pretendentów do tronu wielu i bratobójcze walki wyniszczają kraj – odparł chłop.
Iskierka poruszenia zagościła na moment w oczach Halfdana, gdy pod maską obojętności łapczywie pochłaniał zasłyszane słowa.
- Nie znacie wy dobrze naszego Haralda. Zwą go Hardradem, co znaczy w mym rodzimym języku „srogi” i zaprawdę ten tyran zapracował na owy przydomek. Okrutnik to wielki, a litość jest dla niego obcym słowem. Każdego nieprzyjaciela gotów za wszelką cenę zmieść i stłamsić.
Dalsza wymiana zdań została odłożona na później, gdyż do izby wróciła Anna niosąca kromkę pszennego chleba i pęto kiełbasy. Córka sołtysa podała drewnianą miskę z jedzeniem gościowi, po czym ponownie zasiadła do przerwanej pracy. Halfdan kiwnął głową okazując podziękowanie za pożywienie i zabrał się do upragnionej konsumpcji. Z niejaką czcią przełamał pieczywo wymawiając przy tym niezrozumiałą dla domowników formułkę.
- To zapewne modlitwa do nordyckich bogów – przemknęło przez myśl sołtysowi.
Pałaszowanie strawy nie zajęło rosłemu mężczyźnie zbyt dużo czasu, więc już po chwili mógł on kontynuować rozmowę. Gospodarz przyjrzał się tobołkom, jakie Norweg ze sobą przyniósł. Były one okryte bydlęcą skórą i mocno związane solidnym rzemieniem. Halfdan napotkał wzrok domownika i by zająć jego uwagę czymś innym, wyjął zza pazuchy bogato rzeźbioną fajkę. Miała ciepły, kremowy kolor i pokryta była spiralą runicznych znaków. Niespotykany przedmiot rzeczywiście wymusił na sołtysie zmianę optycznego celu, co uspokoiło Halfdana, który wiedział, że zażegnał ryzyko niewygodnych pytań. Z ukontentowaniem ujrzał u gospodarza zainteresowanie, a może nawet błysk zazdrości. Jak świat szeroki, tak wszyscy wieśniacy mieli słabość do rzeczy, które wydawały im się elitarne i podnoszące status społeczny jej posiadacza.
- Kieł morsa – rzucił słowa ucinające chwilową ciszę.
- Znaczy, że co? – odparł niezbyt przytomnie sołtys.
Halfdan poklepał czule po okutym metalem ustniku.
- Surowiec, z którego wykonano tą fajkę. To kieł morsa. Normanowie przywożą go z Islandii i Grenlandii. Polowanie na te stworzenia dla kłów jest bardzo intratnym interesem, ponieważ stanowią cenny towar, gdy handlujemy z europejskimi krajami. Tylko Arabowie potrafią na niego wybrzydzać i marudzić, ale oni wolą pozyskiwać kły ze słoni – wzniósł przy tym ręce w geście mówiącym „a kto by ich tam zrozumiał”.
- Wróćmy jednak do tego, co dzieje się w Anglii. Wspominałeś gospodarzu o wojnie domowej, czy nie ma nikogo, kto mógłby objąć władzę po zmarłym królu?
Sołtys Scarborough podszedł do przybysza i przykucnął przy nim pochylając się z trudem ze względu na pokaźną nadwagę. Odezwał się szeptem, jak gdyby w obawie, że ktoś niepowołany może go podsłuchiwać.
- Niby rządy sprawuje teraz możnowładca Harold, który został wybrany przez Edwarda na następcę. Część szlachty popiera jednak księcia Normandii – Wilhelma. Jak by tego było mało, ponoć earl Tostig wywołał bunty na południu kraju i szuka poparcia wśród obcych nacji.
Niewygodna pozycja zniechęciła puszystego jegomościa do dalszego kucania, przez co znów stanął on na równe nogi. Halfdan był mu za to wdzięczny, gdyż nadgniłe resztki jedzenia, jakie zadomowiły się w jamie ustnej sołtysa, mogły powalić intensywnością zapachu niejednego twardziela.
- Nie jest za ciekawie, oj nie jest. Każda prowincja szykuje się do wojny, a to oznacza dla nas zwykłych chłopów same kłopoty. Żeby to jeszcze walczyć z najeźdźcą i obcym, ale nie! Zachciało się mordować rodaków! – domownik dał upust emocjom podnosząc głos, przez co konspiracyjną otoczkę szlag trafił.
- Nie chcę biadolić po próżnicy, jak to mają w zwyczaju stare baby na odpuście, ale nie wyniknie z tego nic dobrego. Pamiętam to ja jeszcze wojska Swena i jego syna Kanuta z Danii, którzy złupili doszczętnie nasze ziemie! Przeklęci wikingowie! Tylko czekać, aż ta swołocz znów się tu pojawi, niczym wataha wilków, co zwietrzyła skłócone owce! – każde zdanie sołtys kwitował potrząsaniem zaciśniętą pięścią, którą trzymał nad głową. Zabawne, że w tym momencie przypominał on Halfdanowi pewnego klechę, który w podobny sposób wygrażał Norwegowi, gdy ten ze swoim oddziałem plądrował pobliski klasztor. Powstrzymał jednak wredny uśmiech przed pojawieniem się na zarośniętej twarzy i spokojnie czekał, aż rozmówca skończy deklamować swoje żale i przepowiednie.
- Dziękuję ci dozgonnie za posiłek, którego mi nie poskąpiłeś, ale czas już na mnie.
Halfdan wolno podniósł się z utytłanego błotem podłoża i otrzepał sfatygowaną tunikę.
- Powiedz mi jeszcze tylko, którą drogę powinienem obrać, jeśli mam zamiar zmierzać do Yorku?
Sołtys podrapał się chwilę po łysiejącym czerepie i odparł:
- Najszybciej będzie wynająć łódkę i rzeką Ouse dopłynąć do Fulford. Stamtąd do Yorku już prosta droga. Czemu akurat York? – wieśniak nie potrafił ukryć zaciekawienia.
Halfdan zabrał z ziemi swoje pakunki i przełożył je sobie przez plecy. Podłużny przedmiot okryty skrzętnie płachtą przypasał do boku. Rozłożył ręce w wyjaśniający sposób i odezwał się do gospodarza wesoło:
- Cóż, myślę że York będzie stanowić doskonałą bazę wypadową dla mnie i moich licznych kompanów. Wasza wioska nie wystarczy nam na długo.
W tym momencie drzwi do chałupy otworzyły się z hukiem na oścież, a w wejściu stanął potężnie zbudowany mężczyzna ubrany w długą kolczugę i rogaty hełm**. Wpuścił tym samym do środka podmuch wiatru, który miast orzeźwiać chłodem jesiennego wieczoru, przynosił ze sobą gryzący zapach dymu i swąd palonego ciała.
Odór skwierczącej śmierci.
Wojownik oparł ramię o olbrzymich rozmiarów topór, który postawił trzonkiem na ziemi i rozejrzał się po izbie. Zatrzymał wzrok na brunecie i otworzył popękane od wieloletniego wystawiania na mróz usta:
- Halfdan, król Harald oczekuje na ciebie w namiocie.
Osłupiały sołtys próbował zmierzyć się z widokiem, jaki rozpościerał się za plecami nowoprzybyłego. Jego buzia mimowolnie otwierała się i zamykała na przemian, jednak nie wydawała na świat żadnego dźwięku. To, co ujrzał zszokowało go bowiem o wiele bardziej, aniżeli słowa obcych.
Bezbronna i zaskoczona ryba wyciągnięta z wody – właśnie to przyszło na myśl Halfdanowi, gdy obserwował reakcję chłopa.
Anna, która dotąd siedziała w kącie zajęta pracą wypuściła z ręki kłębek lnu i zaczęła krzyczeć, jak gdyby od tego miało zależeć jej przetrwanie. Tym samym zwróciła na siebie uwagę Halfdana, poirytowawszy go nieprzerwanym potokiem werbalnych rzygowin.
Jego głos, jakże odmienny od tego sprzed paru chwil, był zimny, rzeczowy i oznajmiał, że sprzeciw nie będzie tolerowany:
- Ucisz się durna dziewko.
Nie wywarło to żadnego wrażenia na rozhisteryzowanej wieśniaczce. Nie mogąc się doczekać upragnionej ciszy Halfdan zwrócił się do uzbrojonego woja:
- Egill, zajmij się nią.
- Z niekłamaną przyjemnością
- odparł wiking poluzowawszy skórzany pas.
Brunet w tym czasie zrzucił płachtę z przypasanego u boku pakunku, ukazując tym samym długi na co najmniej trzy stopy miecz, leżakujący dotąd w pochwie. Halfdan pewnym ruchem dobył oręża i zakręcił nim młynka w powietrzu. Po tym pokazie szermierki skierował koniec broni ku szyi chłopa, który w końcu przestał otwierać co chwilę usta. Na żelaznej powierzchni ostrza zatańczyły w impulsywnym tańcu odbijające się płomienie, jakie trawiły właśnie sąsiadujący budynek. Gryzący dym przybrał na sile, wdzierając się bezczelnie do środka.
- Dlaczego…? Czemu ty…? Czemu wy…? – wydukał sołtys nie kończąc zadawanych pytań.
Gdzieś za jego plecami ostatecznie urwał się krzyk jego córki. Nic nie trwa wiecznie i także tutaj zasada ta znalazła swe odzwierciedlenie. Walnie przyczynił się do tego mężczyzna nazwany Egillem, który brutalnie wszedł w rudą dziewczynę. Opętańcze wrzaski zostały zastąpione przez miarowe postękiwanie i urywany szloch.
Halfdan nie zwracał najmniejszej uwagi na frykcyjne ruchy, jakie wykonywał jego podwładny gwałcąc wiejską dziewkę. Zwrócił się do gospodarza, który sprawiał wrażenie nie do końca obecnego tu duchem:
- Pozwolisz, że opowiem ci coś pouczającego. Jeśli odpowiednio wytężysz mózgownicę, znajdziesz odpowiedzi na swoje pytania - poklepał sołtysa prawie że pieszczotliwie po policzku i dodał - a przynajmniej posłuchasz czegoś pożytecznego.
Norweg odchrząknął teatralnie, jak gdyby miał zaraz wygłosić mowę przed zgromadzeniem ludowym i zręcznie przeszedł w gawędziarski ton. Robił częste pauzy, dając tym samym słuchaczowi czas na przyswojenie wypowiadanych słów.
- Był sobie kiedyś ubogi wieśniak, który w mroźny zimowy dzień znalazł na górskiej ścieżce niemal zamarzniętą na śmierć żmiję.
Zrobiło mu się żal stworzenia.
Zawinął żmiję w swój przetarty kaftan i zaniósł zwierzę do domu.
Ogrzał je przy ognisku i nakarmił skromną strawą.
Dał jej, co miał w swoim nędznym obejściu najlepszego, więc gad stopniowo dochodził do siebie….
Aż ostatecznie powrócił do pełni sił.
Wtedy też wąż owinął się wokół ciała swego wybawcy i wpuścił weń śmiertelny jad.
Dlaczego? – spytał z niedowierzaniem kmieć.
Ocaliłem cię, nakarmiłem i oddałem ci wszystko! Tak mi się odwdzięczasz?
Czemu cię to dziwi? – odparła żmija.
Taka jest moja natura.
Wiedziałeś o tym, kiedy mnie ratowałeś…

Halfdan zakończył opowiastkę i wlepił badające spojrzenie w oczy wieśniaka. Ujrzał w nich lęk, niepewność, ale i ponure zrozumienie. To mu wystarczyło. Było dla niego marną namiastką przebaczenia, a przynajmniej skromnym wytłumaczeniem własnych czynów.
Zimne ostrze spadło na sołtysa, z nieubłaganą konsekwencją rozcinając ukośnie jego ciało. Przecięło w jednej chwili nić człowieczego życia niczym grecka Atropos. Głowa mężczyzny wraz z szyją i kawałkiem obojczyka odpadła od stojącego ciągle korpusu, którego czubek bryzgnął obficie szkarłatem. Czerwień zakrólowała wokół Halfdana, znacząc swym piętnem tunikę mężczyzny.
Anna, widząc co stało się z jej ojcem, miała zamiar ponownie zaśpiewać swą monotonną pieśń krzyku, ale nie pozwolił jej na to Egill, który w porę wepchał do ust dziewczyny zmiętą sukienkę.
Brunet po raz ostatni spojrzał w oczy gospodarza. Martwa twarz nie wyrażała już żadnych emocji i nawet w ostatnich, przedśmiertnych paroksyzmach nie raczyła gościć jakiejkolwiek ekspresji. Halfdan żałował tego człowieka, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że litość nie zaprowadzi go nigdy do prawdziwych zmian. Nastały czasy miecza i ognia. Siły i przemocy. Chcąc nie chcąc musiał grać według obowiązujących zasad. Zmiany odwiecznie żądały ofiar. Bez śmierci, bez poświęcenia, bez bólu ludzkość nie miałaby niczego.
- Posprzątaj tu później – rzekł beznamiętnie w stronę kopulującego blondyna, po czym przekroczył próg domostwa wychodząc tym samym na zewnątrz.
Zamachnął ręką dzierżącą ostrze w pustkę, tak by oczyścić miecz z posoki. Schował oręż z powrotem do pochwy i minąwszy poharatane zwłoki młodego mężczyzny, które leżały przed chałupą, skierował swe kroki w stronę rozbitego na rynku namiotu. Dookoła panował totalny chaos. Płonące domy, zarzynani chłopi, oraz gwałcone kobiety. Najeźdźcy w pocie czoła pracowali na złą sławę, jaką owiani byli w Europie. Grabili, plądrowali, niszczyli, mordowali i chędożyli dając upust najniższym instynktom, jakimi może kierować się ludzki pomiot.
Swołocz. Wataha wilków.
Halfdan przypomniał sobie określenia użyte przez tutejszego sołtysa na opisanie zachowania Normanów. Były one celne i zgodne z prawdą. Puszczone samopas bestie, tworzące najgorszą z plag, a on znajdował się w samym epicentrum tego pandemonium.
Stanął przed wejściem do namiotu i w oczekiwaniu na zaproszenie zapatrzył się w brudnoszare od dymu niebo. Stęchlizna ludzkich ciał, pochłanianych przez łakome płomienie, drażniła zmysł powonienia. Mimo tylu lat służby u boku Hardrada nigdy się do tego nie przyzwyczaił. Gdzieś w oddali zaistniał przez chwilę w eterze okrzyk bezradności i nieludzkiego bólu. Takowych okrzyków miało się tej nocy narodzić jeszcze o wiele więcej.
- Wejść – usłyszał głos nawykły do wydawania rozkazów.
Nim wszedł między poły materiałowej konstrukcji, raz jeszcze zerknął ku górze. Zatrzymał wzrok na powiewającej ponuro chorągwi, która zatknięta była na szczycie namiotu.
Sztandar Haralda zwany Landeydan.
Niszczyciel ziem.
Jakże trafny przydomek.
Halfdan poczuł teraz dobitnie na swoich barkach przytłaczające brzemię. Miał tylko nadzieję, że gdy wybije odpowiednia godzina nie zawaha się i wypełni przypisaną mu powinność. Bez dalszej zwłoki odgarnął dłonią zasłaniające wnętrze zasłony i dał się w całości pochłonąć ciemności...

CDN

*Norgelandia - słysząc nordyckie nazwy jak Islandia, Grenlandia itd pomyślałem, że skoro Norwegia w ojczystym języku to Norge, nazwa ta będzie doskonale pasować.
** - wiem, że wikingowie noszący na głowach rogate hełmy, to wierutna bzdura i wymysł nie mający nic wspólnego z historyczną rzeczywistością, ale nie mogłem się powstrzymać przed przemyceniem ich do mojego opowiadania, w końcu to tak, jakby ubrać przed gwiazdką Mikołaja w biskupie szaty zamiast czerwony kubrak :P
 
;